Epica

Comments are closed

Epica to holenderska formacja spod znaku metalu symfonicznego, założona w 2002 roku przez gitarzystę Marka Jansesna. Kapela zadebiutowała w 2003 roku longplayem „The Phantom Agony”. W marcu 2012 roku premierę miał szósty krążek grupy, „Requiem for the Indifferent” .

Pomysł na powołanie zespołu pojawił się w głowie gitarzysty Marka Jansena na początku obecnego stulecia. Dwudziestokilkuletni wtedy Mark już od kilku lat udzielał się w biznesie muzycznym – od 1995 roku grał w metalowej formacji After Forever. Kapela nie do końca wyczerpywała jednak jego artystyczne ambicje, dlatego wraz z kumplem Adem Sluijterem (także grającym na gitarze) postanowił niezobowiązująco pograć sobie na boku. – Obaj byliśmy miłośnikami orkiestrowej muzyki, rodem ze ścieżek dźwiękowych i to, co zaczęliśmy wtedy komponować można było do tego zaliczyć – tłumaczył serwisowi Tartareandesire.com. Szybko okazało się także, że Jansen z muzykami After Forever nie tylko nie do końca dogadywał się na stopie artystycznej – krótko mówiąc – reszta składu nie za bardzo za nim przepadała. – Nasze relacje po kilku latach stawały się coraz chłodniejsze – opowiadał. – Byłem coraz bardziej wyizolowany, co było trochę kuriozalne, gdyż to właśnie ja wkładałem w tę grupę najwięcej serca. Doszło do tego, że po pewnym czasie zostałem po prostu wylany. Przy takim obrocie spraw, Markowi nie pozostało nic innego, jak przekształcić projekt ze Sluijterem w regularny zespół.

W 2002 roku panowie zaczęli więc rozglądać się za dodatkowymi muzykami – tak dołączyli perkusista Iwan Hendrikx, basista Yves Huts, klawiszowiec Coen Jannssen, a za mikrofonem stanęła Helena Iren Michaelsen. W międzyczasie pojawił się także szyld, na który obrano Sahara Dust. Konfiguracja ta przetrwała jednak zaledwie kilka miesięcy, po których stało się jasne, że Helena nie pasuje do muzyki, jaką chciał tworzyć Mark – doszło więc do rozstania. Pech chciał, że jej ówczesnym chłopakiem był Hendrikx, którego oczywiście pociągnęła za sobą. Cała zabawa zaczęła się więc na nowo. – Po dziesiątkach przesłuchań stwierdziliśmy, że najlepszym perkusistą był Jeroen Simons, rolę wokalistki objęła natomiast Simone Simons – wspominał Mark serwisowi Musicaldiscoveries.com. – Ponieważ w tamtym czasie była moją dziewczyną, początkowo myśleliśmy, że nie będzie to najlepszy pomysł – miałem złe doświadczenia związane ze związkami wewnątrz kapel. Ale szybko doszliśmy do wniosku, że idealnie do nas pasuje, postanowiliśmy więc spróbować. Wybór Simone nie był także oczywisty z innych powodów – dziewczyna miała wtedy zaledwie 17 lat i nie miała żadnego doświadczenia scenicznego. Od kilku lat brała jednak lekcję śpiewu, także klasycznego, nie była więc też do końca amatorką.

W 2002 roku kapela zarejestrowała pierwszą kasetę demo, „Cry for the Moon”. Ponieważ dołączenie Jeroena i Simone było dla zespołu w pewnym sensie jego nowym początkiem, wkrótce zdecydowano się na zmianę nazwy na Epica, która została zaczerpnięta od albumu amerykańskiej formacji Kamelot. Muzycy tej kapeli nigdy jednak nie mieli tego za złe młodszym kolegom z Holandii. – Kiedy staliśmy się bardziej znani dostałem maila od gitarzysty Kamelot, Thomasa Youngblooda – wspominał Mark w rozmowie z Lordsofmetal.nl. – Napisał mi, że to świetna nazwa dla kapeli z naszym brzmieniem, i że gdy wraz z kolegami zatytułowali tak album, rozmyślali, że byłby to świetny szyld dla zespołu. Dzięki kontaktom, jakie Jansen zdobył jeszcze w czasach gdy grał w After Forever, udało mu się załatwić kontrakt nagraniowy z wytwórnią Transmission. Gitarzysta musiał mieć prawdziwy dar przekonywania, bo kiedy kapela została wysłana do studia, aby zarejestrować debiutancki album otrzymała wsparcie od labelu o jakim większość debiutujących kapel mogło tylko pomarzyć. – Transmission stanęło na wysokości zadania, byśmy mogli stworzyć naprawdę zabójczy album – opowiadał. – Nie tylko załatwili nam studio na dwa i pół miesiąca, wynajęli producenta (w tej roli pojawił się Sascha Paeth, który wcześniej nagrywał m.in. z Kamelot), orkiestrę i chór, ale też kiedy przekroczyliśmy budżet byli skłonni wyłożyć kolejne pieniądze, ponieważ uznali, że jest to warte zachodu. Kapela uwinęła się z pracami do końca marca 2003 roku i gotowe dzieło zatytułowane „The Phantom Agony” pojawiło się na sklepowych półkach na początku czerwca. Kapela zaprezentowała metal symfoniczny (przede wszystkim za sprawą wokalu Simone i orkiestrowych aranżacji), i nie tak bardzo odbiegała od tego, co w tamtych czasach grały Nightwish czy Within Temptation. – Ja bym powiedział, że to, co robimy to kombinacja metalu z muzyką filmową – wyjaśniał Mark podczas wywiadu dla Alternative-zine.com. – Wiele osób mówi, że gramy po prostu metal gotycki, co także nam odpowiada. – Nasza muzyka składa się z wielu różnych elementów i każdy może ją interpretować po swojemu – odniosła się do tego samego tematu frontmanka. – I to jest w tym najfajniejsze. Recenzje w prasie były w większości entuzjastyczne – wysokie noty przyznali Holendrom krytycy m.in. serwisów Lords of Metal czy Metal Reviews.

Na drugi longplay formacja nie kazała fanom długo czekać – w kwietniu 2005 roku do ich rąk powędrował krążek opatrzony tytułem „Consign to Oblivion”. Stylistycznie, album był kontynuatorem poprzednika – pojawiły się jednak także zmiany, tym razem większy nacisk został położony na orkiestrację oraz wykorzystanie chóru (podobno za inspirację posłużyły soundtracki Hansa Zimmera i Danny’ego Elfmana). Intrygujące były także teksty, w większości napisane przez Simons, zainspirowane cywilizacją Majów. – Majowie mieli w sobie bardzo dużo mądrości i żyli w prawdziwej harmonii z naturą – opowiadał już po premierze dzieła Mark dziennikarzowi Alternative-zine.com. – To jest coś, co my gdzieś po drodze zatraciliśmy. Majowie mieli dla przykładu fantastyczny kalendarz, znacznie lepszy od tego, który używamy dzisiaj. W perfekcyjny sposób współgrał on z cyklami natury. I tak to powinno wyglądać. Piosenka „Another Me” odnosi się np. do tego, że sposób traktowania drugiej osoby, pozostawia konsekwencje. Jeśli postępuję się źle wobec danej osoby, ona odpowie tym samym.

„Consign to Oblivion” nie było jednak jedynym projektem, w którym członkowie formacji w 2005 roku maczali palce. W międzyczasie grupa znalazła czas na stworzenie muzyki do holenderskiego filmu „Joyride”. W większości instrumentalny materiał we wrześniu 2005 roku doczekał się oficjalnego wydania na płycie, opatrzonej tytułem „The Score – An Epic Journey”. – To w zasadzie typowa Epica, tylko bez wokali, gitar i perkusji – podsumował później zawartość wydawnictwa Jansen. Gdyby tego było mało – w tym samym roku kapela udała się także na pierwszą trasę po Stanach Zjednoczonych, na której otwierała koncerty Kamelot.

O ile do tej pory z każdym kolejnym rokiem, kapela rosła w siłę, rok 2006 ciężko było zaliczyć do udanych, a przynajmniej na to wyglądało na początku. Po zakończeniu trasy po USA z interesu postanowił się wypisać Jeroen, który po prostu stracił zainteresowanie graniem tego typu muzyki. Następnie Transmission ogłosiło bankructwo, sytuacja zrobiła się więc naprawdę nieciekawa. Jak zapewniali jednak później muzycy, cała ta negatywna energia, która pojawiła się wtedy wokół nich, dała im jednak zastrzyk energii i zmusiła do jeszcze cięższej pracy. – Myślę, że spokojnie można powiedzieć, że jeśli coś złego dzieje się w naszym obozie, z pewnością w przyszłości przekuje się to na coś pozytywnego – przekonywał Mark w rozmowie z Soniccathedral.com. I rzeczywiście pod koniec roku kapela zaczęła wychodzić na prostą. Nie tylko udało się jej znaleźć nowego perkusistę (którym został Ariën van Weesenbeek znany wcześniej z God Dethroned), ale także podpisać nowy kontrakt, z wytwórnią Nuclear Blast, dającą im znacznie większe możliwości.

W listopadzie muzycy zabrali się za pisanie nowego materiału – tym razem podjęli się próby stworzenia pierwszego w karierze concept-albumu, który otrzymał tytuł „The Divine Conspiracy”. – Główna myśl, kryjąca się za tym krążkiem opiera się na tym, iż Bóg stworzył kilka różnych religii, aby przetestować ludzkość – opowiadał Jansen. – Chciał w ten sposób sprawdzić, czy ludzie będą z ich powodu walczyć między sobą w nieskończoność czy też dostrzegą, że wszystkie te wierzenia mają ze sobą wiele wspólnego i tak naprawdę prowadzą do tego samego. I to jest poważne pytanie, o tym opowiada krążek. Premiera albumu odbyła się we wrześniu 2007 roku, miesiąc wcześniej w rozgłośniach radiowych pojawił się pierwszy singel, „Never Enough”. Muzykom musiało naprawdę udać się stworzyć bardzo udane dzieło bo tak pozytywnych recenzji jeszcze nie mieli. – Wielki, majestatyczny, symfoniczny, ekstremalny, mocny, dramatyczny, melodyczny – nowy longplay Epiki pasuje do wszystkich tych określeń, ale i tak nie wystarczają one, aby opisać w pełni jego wielkość – zachwycał się dziennikarz Seaoftranquility.org. – Ten długi, 75-minutowy longplay zabierze słuchacza w wycieczkę pełną wzlotów i upadków, podczas której coś nowego i interesującego czai się za każdym muzycznym rogiem – pisał recenzent serwisu About.com.

Następny rok przyniósł kolejne zmiany. W grudniu z zespołem postanowił pożegnać się Ad Sluijter. Gitarzyście nie za bardzo podobał się napięty grafik koncertowy grupy, który uniemożliwiał mu tworzenie nowych piosenek. – Naprawdę potrzebuje dużo czasu zanim będę z czegoś zadowolony i uznam coś za skończone – tłumaczył. – Jestem perfekcjonistą, a coraz bardziej frustrowało mnie to, że nie mam czasu, aby osiągnąć rezultat, który by mnie satysfakcjonował. Z tego powodu straciłem całą frajdę, jaką kiedyś miałem podczas komponowania. W styczniu 2009 roku kapela oficjalnie ogłosiła, iż nowym gitarzystą grupy został Isaac Delahaye (podobnie jak Ariën, udzielający się wcześniej w God Dethroned). – Już w 2003 roku grałem w zastępstwie Ada podczas koncertu we Francji, więc nie byłem tak do końca „nowy” dla pozostałych członków zespołu – opowiadał w rozmowie dla Wirtualnej Polski. – Przez lata byliśmy w kontakcie, od czasu do czasu graliśmy na tym samym festiwalu. Pod koniec 2008 roku skończyłem współpracę z God Dethroned i najwidoczniej byłem dla zespołu najbardziej oczywistym wyborem. Cztery miesiące później na rynku pojawił się pierwszy album live Epiki, „The Classical Conspiracy”. Nie była to jednak zwyczajna koncertówka – rejestracji dokonano podczas węgierskiego festiwalu operowego Miskolc (lipiec 2008) – w trakcie występu zespołowi na scenie towarzyszyła orkiestra oraz chór, a poza utworami z repertuaru grupy, muzycy sięgnęli także po klasyczne kompozycje (m.in. Vivaldiego) oraz po motywy przewodnie z filmów (np. z piątego epizodu sagi „Gwiezdne Wojny” – „Imperium kontratakuje”). O tym, że Holendrzy bardzo poważnie podeszli do sprawy niech świadczy fakt, że przygotowania zajęły im prawie pół roku. – Kiedy w grudniu 2007 roku zdecydowaliśmy się tam zagrać, zaczęliśmy od przygotowania odpowiedniej setlisty – opowiadała Simone. – Następnie przearanżowaliśmy klasyczne kompozycje, aby pasowały do naszego stylu, a mój ówczesny chłopak (Oliver Palotai z Kamelot), przearanżował utwory Epiki na potrzeby orkiestry. Zajęło to dwa czy trzy miesiące, później przyszedł czas na próby – oddzielnie z orkiestrą i chórem. Uznaliśmy, że tak nietypowe wydarzenie trzeba upamiętnić jakimś wydawnictwem.

W październiku 2009 roku odbyła się natomiast premiera piątego (licząc z „The Score – An Epic Journey”) albumu grupy, „Design Your Universe”. Longplay dotarł do 8. pozycji listy przebojów w ojczyźnie artystów, co było najlepszym wynikiem w dotychczasowej karierze grupy. – To jak dotąd najcięższy krążek Epiki, są większe różnice pomiędzy cięższymi i lżejszymi partiami, przez co całość jest bardziej dynamiczna – opowiadał Delahaye. W ramach promocji dzieła kapela trzykrotnie pojawiła się w naszym kraju – latem 2010 roku była jedną z gwiazd festiwalu Open Mind, który odbył się w warszawskiej Stodole, następnie pojawiła się na jesieni w poznańskim Eskulapie i katowickim Kinoteatrze Rialto (wcześniej zespół grał już w naszym kraju dwukrotnie – w 2004 roku w katowickim Spodku w ramach XVIII Metalmanii oraz w listopadzie 2008 roku we Wrocławiu). Jak widać, polscy fani nie mają więc powodów do narzekań.

W kolejnych latach grupa z powodzeniem kontynuowała działalność. Początek marca 2012 roku przyniósł kolejny longplay Epiki, „Requiem for the Indifferent”. Jak wyznał Coen, o ile w grudniu 2012 roku nie skończy się świat (zgodnie z kalendarzem Majów), kapela nie zejdzie prędko ze sceny. – Jeśli świat się nie skończy, nagramy jeszcze może z dziesięć płyt – opowiadał „Teraz Rockowi”. – Ale kto wie, może to jeszcze gorzej…

Comments are closed.